Nigdy się nie nudzę

Maj 31, 2017 | #blog, #o mnie, #slow life

„Nudzi Ci się w podróży? Włącz Netflix…” Jadę pociągiem do Warszawy i przez ponad trzy godziny mam przed oczami napis tej treści. Niby zwykła reklama, nawet niezbyt wyszukana, schemat. Jednak sama jej istota jest dla mnie na tyle drażniąca, że zaczynam się zastanawiać… „Nudzi ci się w podróży…” a to w ogóle można nudzić się w podróży? Naprawdę?

Właściwie nigdy się nie nudzę i takiego stanu osobiście nie znam. Pewnie jednak można, skoro tak napisali? Ale jak to? I to w pociągu jeszcze? Ja mając w perspektywie ponad trzy godziny podróży – trzy godziny dla siebie, bez dzieci, bez obowiązków, telefonów – do tego rano, czyli wtedy, gdy w miarę wypoczęty (no nie mówię przecież, że wyspany!) mój mózg pracuje na pełnych obrotach, przez tydzień planowałam,  co też ja w te cudowne trzy godziny zrobię. Problem z tym miałam, i owszem, bo zupełnie nie wiedziałam, co wybrać. Mogłabym:

  • poczytać zwykłą książkę (akurat czytam „Dziewczynę, która pływała z delfinami” Sabiny Berman)
  • poczytać jakąś książkę „rozwojową” (rozpoczęte mam co najmniej trzy)
  • napisać tekst na bloga
  • przygotować się do warsztatów, najbliższego spotkania grupy Mastermind, kolejnego Kręgu,
  • podsumować ostatnie sesje z klientami i uporządkować z nich notatki,
  • posłuchać podcastów,
  • poczytać bardziej lub mniej ambitną gazetę,
  • przemyśleć kilka spraw,
  • pospać sobie, popatrzeć przez okno…

Zabrałam ze sobą książki, gazety, zeszyt, pisadełko, słuchawki, głowę pełną pomysłów i serce pełne przyjemnego oczekiwania. Choć z doświadczenia wiedziałam, że może się też zdarzyć tak, że zasnę po pół godzinie jazdy i obudzę się dopiero gdzieś w okolicach Warszawy… Co w sumie tez było by dla mnie wartością dodaną, bo od miesięcy jestem niedospana.

Reklama z intrygującym napisem nie dawał mi spokoju, zaczęłam się zastanawiać, czy to aby normalne? Ta moja ciągła gonitwa za wykorzystaniem każdej wolnej chwili, przez którą okazuje się, że chwil wolnych właściwie nie mam (chyba że już padnę na nos i nie nadaję się do niczego, wtedy daję sobie „wolne”). Poza tym jak to się ma do mojego SLOW LIFE, które stało mi się ostatnio tak bliskie? Czy gonię tak, by koniecznie coś (tylko co właściwie?) dogonić i złapać, czy to mój mózg łaknie ciągle nowych informacji i wrażeń? Bo tak ma, tego potrzebuje i to jest jego stan naturalny, zgodny z moim/jego tu i teraz?

W efekcie siedzę i piszę ten tekst, a może „powinnam” (tak wiem, sama namawiam Was, żeby tego słowa nie używać, umieszczam je tu nieco ironicznie, z przekory trochę) przeglądać z gracją jakieś pisemko tylu „Glamour”, „Cospopolitan” czy inne takie? Albo jeszcze lepiej, siedzieć i narzekać że mi się nudzi i dopytywać nerwowo „daleko jeszcze”? W ostateczności siedzieć i kontemplować prozę życia…

Otóż nie! Slow life to zupełnie coś innego i nie ma nic wspólnego z owym, niesłusznie często dosłownie tłumaczonym słówkiem „slow”. Nie o powolność tu chodzi, nie o nudę, nie o niebyt, w który niektórzy zanurzają się podczas swojej leniwej egzystencji. Chodzi tu o to, by świadomie czuć, zauważać, zatrzymywać w kadrze, być w tym całą sobą niezależnie do tego, co robimy. Co więcej – chodzi też o to, by starać się żyć w zgodzie ze sobą, swoimi potrzebami, unikać niepotrzebnych działań i toksycznych relacji. O tempo też trochę chodzi, ale mówiąc o zwolnieniu go idea slow life wskazuje na konieczność zatrzymania się tam, gdzie warto, po to, by pełniej zauważać, przeżywać, czuć, nie po to, by nudzić się nicnierobieniem!

Skoro ja chcę w tym pociągu pouczyć się, czy posłuchać w spokoju podcastu i cieszę się na to od tygodnia, to chyba jest to działanie zgodne ze mną i moją potrzebą, szczególnie, że nikt mi nic niczego nie kazał, nikt na mnie żadnej presji nie wywołuje…

Idąc tym tokiem rozumowania oczywiście, jeżeli Ty masz potrzebę ponudzenia się i pomarudzenia w podróży, to proszę bardzo, to będzie Twoje slow life 🙂 Skoro da Ci szczęście i nic przez to według siebie nie stracisz – to ok, czemu nie?

A co do nudy… Mi to uczucie jest obce, nie rozumiem go, naprawdę i wcale to nie znaczy, że ciągle tylko pracuję czy uczę się, wręcz przeciwnie. Korzystam z przyjemności, ile się tylko da. Tylko to są moje przyjemności i mój świat.